Jakiś czas temu myślałem, że to starość, bóle pleców, łupanie w krzyżu, taki los, każdego to czeka, więc i mnie nie ominęło.
Ale to jednak trochę za wcześnie, a przyczyna była inna - za często pozycja zgięta w pół i jeszcze dopychana.
Na dobry początek dnia seks w łóżku, seks w kuchni, śniadanie, seks w łazience.
Doszliśmy do wniosku, że musimy się umówić z jakąś drugą parą na takie erotyczne party dla wojerystów - niech nam pokażą jak wygląda normalny seks, bo nie mamy o nim pojęcia.
W końcu mam pierwszą płytę Atmosphere (tzn. kiedyś miałem na kasecie i pewnie dalej tę kasetę mam ale nie wiem gdzie i czym ją odtworzyć). Słucham w kółko. Szkoda że się chłopcy rozpadli po dwóch płytach. Już wiem co mnie tak kręciło. Wcale nie wokal Rozynka, który tam zaczynał i co by o nim nie mówić- na pewno banalny nie jest. Nie teksty, choć są zakręcone. Chodzi o rozmyte, dudniące gitary, coś pomiędzy Cocteau Twins i The Cure (taki "Grzyb" to już czysty kiur w najlepszym wydaniu). Słucham i nie mogę przestać.
Okazało się dzisiaj, że laptopa mi nie robią wcale w Łodzi, tylko w Chinach. Po trzech tygodniach od zapłacenia jest gdzieś pomiędzy kitajską fabryką a polską granicą i nikt mi nie jest w stanie powiedzieć kiedy do mnie dotrze. Czuję się jak posiadacz przedpłaty na meblościankę w PRL, zgięty w znak zapytania - dowiozą, nie dowiozą?
Mam nadzieję, że jeśli już mi przyjdzie korzystać z tej gwarancji Della "next business day" to naprawiać mi go będą nieco bliżej. Jak na dzień dzisiejszy efekt jest taki, że bardziej od podniecenia w oczekiwaniu na nową zabawkę, czuję narastający wkurw.
Za to szklany czajnik, na który zachorowaliśmy ostatnio z Bee, opłacony rano, Pan przywiózł mi gratis do domu i jeszcze dziękował :-)
Gdyby ktoś się wybierał na nowego Jarmuscha, to uprzejmie donoszę, że przespaliśmy gdzieś tak połowę albo nawet 2/3 filmu. Podobno chrapaliśmy. Ci co nie spali, też nie wiedzieli o co chodzi.
Przed wejściem do kina w Galerii Kazimierz jest taki wygrodzony kawałek z basenami z piłeczkami i innymi tego typu sprzętami dla dzieci, które kłębią się, wyglądają i zachowują jak stadko znerwicowanych świnek
morskich. Jakoś tak zawsze wychodzi, że tam przystajemy i tylko czekać jak się nam zaczną przyglądać podejrzliwie. Zresztą przyfilowaliśmy taki jeden stolik przylegający do siatki odgradzającej bawialnię i Bee rzucił pomysł, żeby go następnym razem zająć z frytkami albo jakimiś efektownymi słodyczami, a potem będziemy kusić i dzieci będą nam jadły z ręki.
Prawie cały seans przeleżałem na Bee, z początku przysypiając, potem dlatego, że było mi łzawo. Co do filmu, to nie powiem że nie, choć to obrazek bardziej dla heteryków, można sobie pooglądać co nieco ładnych kobiet. Boska Penelopa była boska, choć Bee wybrzydzał, Boska Nicole też była boska choć wyglądała trochę jak nie ona. Fergie była boska. Sophia Loren jeszcze jakoś wygląda, wszakże pod warunkiem, że z odległości nie mniejszej niż 50 metrów. Ale w sumie może to i dobry angaż, bo grała postać z zaświatów, a pierwsze wejście miała w pozie i gestach Nosferatu.
Kawałek "Be Italian" długo jeszcze dźwięczy w uszach.
Tak czy inaczej miły oku obrazek, podobnie jak zeszłotygodniowy Sherlock Holmes.
Chciałbym zdementować plotki jakobym zdychał wraz z blogiem. Żyję i to całkiem nieźle, jest nieco lżej, zgodnie z tym, co prognozowałem na początku roku.
Korzystamy z Bee z życia, co już u niego zostało opisane.
Jest w końcu trochę czasu by w miarę regularnie walczyć z żelastwem na siłowni. Dzisiaj nawet w środku dnia. Spotkałem w szatni pewnego cepa w którym się podkochiwałem na studiach i po oblukaniu z satysfakcją stwierdziłem, że zrobił się z niego oblech strasznie niewyjściowy. Poza tym pokonałem jakiś wewnętrzny opór i pierwszy raz się w tej szatni wyprasowałem przed wyjściem. Za to gdy pojechałem po siłowni na dyżur u klienta, po zwyczajowym "czego byś się napił" dodano "ale kawy Ci nie dam, bo już jesteś jakiś mocno nabuzowany".
Tydzień temu wydarzyła się w Piurze straszna tragedia - złamałem paznokcia wkładając bety do szafki. Po wyjściu, po ciociowemu, na pocieszenie kupiłem sobie drogi francuski serek na śniadanie :>
Wymieniłem w końcu opony na zimowe. I co prawda dalej uważam, że ten podział na letnie i zimowe to jest jeden wielki spisek producentów, którzy tym sposobem podwajają sobie sprzedaż, zamiast robić dobre opony uniwersalne, to jednak muszę przyznać, że różnica pomiędzy jazdą na letnich i na zimówkach jest kolosalna.
Z samochodowych klimatów jeszcze - Bee mi pokazał jak się korzysta z myjni bezdotykowej, bo wcześniej jakoś się bałem i podchodziłem jak pies do jeża. I spodobało się :-)
Oczywiście, jak mnie przejrzała m, zamówiłem tego laptopa, nad którym się rozpływałem poprzednio, a jako że to jakaś supernowość to czeka się jak na malucha na przedpłaty w PRLu. Zrobiłem to w dobrym momencie, bo godzinę po zleceniu przelewu przyszło rozliczenie VATu od księgowej i pewnie po nim bym się już nie zdecydował :)
Dzisiaj było o duperelach, bo na ważne sprawy czekamy.
Siedzę i tęsknię nad zapomidorowaną jarzynową i nad spaghetti
odgrzewanym z sosem w mikrofalówce (czego pewnie Bee wolałby nie
widzieć).
Bee przedziera się teraz przez zaspy w ramach końcówki
przymusowego weekendowego Tour de Pologne.
W sobotę w końcu poczuliśmy mocno stok. Bee oprotestował wożenie
kijków i się rozszalał. Ja w końcu złapałem idealny rytm w enwuence i
zaliczyłem pierwszą glebę w tym sezonie.
Styranym, ale mniejsza
o robotę, bo zaczynają się sprawdzać noworoczne przewidywania - jest
trochę lżej. Objawia się to m.in. w odbieraniu telefonów.
Próbowałem dowiedzieć się co z e-sądem (bo to potencjalnie
bardzo fajne coś) w mojej szacownej korporacji, ale nikt nic nie wie,
bo brak odważnych. Podobno było jakieś szkolenie z ministerstwa na
którym prowadzący opowiadali o tym czego nie wiedzą. Koniec końców,
moje peregrynacje zakończyły się w gabinecie dziekana, gdzie byłem
zachęcany do dalszego przecierania szlaków. Przy okazji chciano mi wcisnąć
jeszcze jednego aplikanta, ale się zaparłem wszystkimi kończynami.
Podobno jeszcze setka nie ma patronów.
Polazłem do sklepu znowu oglądać laptopy i musiałem się z niego
ewakuować w popłochu, żeby nie obciążyć świeżo spłaconej karty. Bo gdy
zobaczyłem to cudo, żaden inny mnie już nie interesował. Siedziałem,
macałem i się śliniłem, a sprzedawca miał minę wędkarza nad nurkującym
spławikiem. Ale wytrzymałem. Bo obiektywnie cena nieco niewyjściowa,
trzeba by sobie od ust nieco odjąć. Póki co toszyba jakoś ciągnie,
poczekamy aż cudo stanieje, nie śpieszy się. Tak sobie powtarzam.
Czy ten papa z ptakiem na wierzchu to kolejny wytwór autora pomnika przedstawiajacego łachmaniarza puszczającego pawia, opartego o nieistniejącą ścianę na Placu Marii Magdaleny i niezliczonych innych konterfektów papieskich?
Niech to będzie tylko fotomontaż, niech ktoś znajdzie jakieś ślady fotoszopowych manipulacji, proszę!
genialny spektakl Jarzyny i
Masłowskiej "Między nami dobrze jest" obejrzany w ramach "Boskiej
Komedii". Wrażenia nieco zwietrzały, więc na recenzję teraz silić się
nie będę. W każdym razie strach pomyśleć, co będzie pisać Masłowska za
5 albo 10 lat skoro teraz jako studentka potrafi najpierw wywołać ból
brzucha ze śmiechu a potem wbić głęboko w fotel. Zmysł obserwacji ma
niesamowity i za to ją pokochałem od pierwszego felietonu w
"Przekroju". Z podsumowań roku
wynika, że z najważniejszych sztuk sezonu zostały nam do upolowania
bilety na T.E.O.R.E.M.A.T. Jeśli ktoś będzie chciał zaprosić, raczej
nie odmówimy :>
imieniny Ge, mam nadzieję, że się nie obrazi, ale opisane
zostały szeroko u linkowanych, a my nie byliśmy w najlepszej kondycji.
zawód "Kolorami" - opanowanymi przez obcokrajowców, z coraz gorszą obsługą, z coraz mniejszą ilością plakatów na ścianach, niemiłosiernie zadymionymi. Gdzie im do czasów, gdy za barem stał Norbert. Czeka je niechybnie los Alchemii - miejscowi będą omijać szerokim łukiem, a skoro o przyjezdne efemerydy nie ma co dbać, to dalsza droga będzie wiodła równią pochyłą. Albo skończą jako barek dla hostelu na górze.
picie w "Szynku" - zagadka cytryny w dzbanku z tokajem, poza tym nie mam co opisywać, bo okazuje się, że połowy imprezy nie pamiętam :>
Avatar - ale czy on rzeczywiście jest warty blotki?
Święta w tym roku trochę inne. Poszedłem z matką do rodziny, a tam
czysta forma, rytuały, formuły i formułki. Jednak u nas, mimo że nikt
nie wierzy w gusła, coś ta wigilia znaczyła, czuć było coś wyjątkowego,
życzenia były szczere, każde danie przez kogoś było ulubione.
Siedziałem nad rybami których konsumpcji odmówiłem i patrzyłem jak się
duszą secesyjne meble ciotki w nowym mieszkaniu. Nie to, że mieszkanie
małe, bo ogromne, dwupoziomowe, ale ciotka przeprowadziła się tam ze
Śródmieścia, bo sprzedała mieszkanie przy Szpitalnej, gdzie w pokojach można było urządzać
zawody szybowcowe. Te meble fascynowały mnie już jako dzieciaka,
dziwaczne okucia w kwiaty i wielkie ważki w tamtych mieszkalnych
otchłaniach stały i czarowały. Teraz smutno ścieśnione w przestrzeni,
której ich projektant nie był sobie w stanie wyobrazić. A mimo to
hipnotyzowały jeszcze bardziej. Ryby, ploty, życzenia, ciasta, nowe
żony kuzynów mylone ze starymi, dzieci mnożące się w postępie
geometrycznym, dzieci ich dzieci, ciotki nic się nie starzejące bo od
zawsze stare - a ja musiałem wyjść na autystycznego z oczami wlepionymi
w kredens i macający stół pod obrusem.
Sezon narciarski rozpoczęty. W drugi dzień świąt w poszukiwaniu śniegu
pojechaliśmy w kierunku Strbskiego Plesa, ale po drodze zatrzymał nas
Jurgów, bo bliżej, taniej i całkiem sensownie, choć śnieg tylko i
wyłącznie sztuczny. Zaliczyliśmy też ulubioną knajpę w Kieżmarku - u 3
Apostołów z obowiązkową zupą czosnkową z rozbełtanym jajkiem i pysznym
morawskim winem. Potem moczenie tyłków w Popradzie - efektowna fasada,
schody ruchome, a w środku multum basenów, tylko problem polegał na ...
zimnej wodzie. Podobno to najbardziej ekologiczny tego typu przybytek w
okolicy, że wodę grzeją słońcem, geotermią. Najwyraźniej wtedy
postanowili grzać ciałami klientów. Wrażenia kiepskie.
Końcówka roku bardzo pozytywna - 2 wygrane sprawy poprawiły humor i
zapełniły portfel. Z jednodniowym poślizgiem dopiąłem celu wyznaczonego
jakoś we wrześniu - udało się spłacić całą kartę.
Sylwester udany, w hacjendzie w górach, taki bardzo normalny, ciepły,
leniwy, wszystko podstawione pod nos, sami swoi. Trunki się lały a mimo to pierwszy raz od niepamiętam
kiedy nie obudziłem się w Nowy Rok z kacem. Na początku nie wiedziałem
za bardzo co wyjdzie z przywiezienia dziecka na mocno pedalską imprezę,
ale mały był zachwycony bo liczył wujków, którzy go rozpieszczali z Bee
na czele. Zresztą widać to na zdjęciach - wszystkie niemal grzeją. Ale
za parę lat, gdy pamięć się nieco zatrze, nie będę w stanie udowodnić
że tam byłem - dowodów brak :>
Już w tym roku zaliczyliśmy wyciągi w Siemiechowie i Jaworzynę
Krynicką. Pierwszy nieco krótki, ale na noworoczne rozprostowanie kości
starczył, druga nawiedzona po latach jakoś nie olśniła. Tzn. stok w
porządku, najeździliśmy się, ale w kolejce do gondoli dzikie tłumy i mój ukochany wyciąg nr
5 był nieczynny z braku dostatecznej ilości śniegu. Poza tym z Krakowa
daleko, drogo i szosa koszmarna, więc jest sens jeździć tylko wtedy gdy
jest się akurat na dłużej w pobliżu.
Jeżeli wierzyć porzekadłu, że cały rok ma być taki jak jego pierwszy dzień, to będzie on bardzo udany i szczęśliwy.
W robocie też dobre wróżby - skończy się jeżdżenie do kołchozu którego
nienawidzę, zostaną do obsługi sympatyczne firmy, do pomocy 3
aplikantki.
A to nie koniec wyczekiwanych zmian ...
W ramach niegdyś stałego kącika onirycznego:
śniło mi się dzisiaj, że zaczęliśmy sezon plazowy. Ale nie w
Kryspinowie, tylko nad Zalewem Nowohuckim. Była nie taka znowu późna
wiosna, chodziły po alejkach panie z wózkami, na ławkach deliberowały dziadki, a na brzegu plażowicze, miejscami tekstylni, a miejscami nie.
Wśród nich my :-)
Ani lubię, ani nie lubię świąt. Po prostu są, jest inaczej. Są
też plusy - można było sobie pośnić powalone sny do południa i pojeździć po pustych
ulicach 40 km/h.
Połazić po sklepie bez pośpiechu i wyraźniejszego celu. Chujanek w tym roku nie
robimy, mamy wilczomlecz od babci.
W ramach dni przekazywania sobie dużej ilości treści
bez znaczenia - coś świątecznomikołajowego dla fanów granddaddies (dostane od Karka).
A ja się zbieram i idę odbyć doroczny stosunek społeczny z
rodziną :)
Przyszła moja kolej na wypróbowanie usług InterRegio. Z początku sielanka, na dworcu stał ogrzewany pociąg, dla każdego po całej czteroosobowej zatoczce z siedzeniami, miło grzało w tyłek.
Po 5 minutach jazdy stwierdziłem, że siedząc przy oknie niechybnie znowu wyląduję u laryngologa. Jako że jeszcze było niezbyt tłoczno - przesunąłem się w kierunku środka wagonu. I nie było to dobre posunięcie, bo odkryłem wtedy, że usytuowane centralnie drzwi do przejścia do kolejnego wagonu sączą po podłodze zlodowaciałą strefę z wolna pokrywająca się drobniutkim śniegiem padającym ze szczeliny ponad drzwiami. W dodatku straciłem bezpośrednią styczność z punktem grzania, więc wróciłem na pierwotnę pozycję zadniego poboru ciepła.
Im dalej tym zimniej.
Najpierw poszedł w ruch szalik, później rękawiczki, a następnie czapka. W Częstochowie ludzie przestali po wejściu do wagonu się rozbierać. Zresztą ledwo do niego wsiedli - i wcale nie z tej przyczyny, że był przepełniony. Po prostu drzwi zamarzły a obsługa dość późno zorientowała się, że trzeba otworzyć ręcznie.
Teraz zaczął się kolejny etap - kto ma taką możliwość, to siada po turecku na siedzeniu, przykrywając nogi kurtką. Dwucentymetrowe podeszwy, podwójne skarpetki i kalesony mnie też już przestają wystarczać i powoli tracę kontakt z palcami u nóg.
Ręce grabieją.
Plus jest taki, że mój niemiłosiernie się grzejący laptop po pierwsze teraz nie chce odlecieć jak zwykle przy pomocy wiatraka, po drugie klawiatura miło grzeje opuszki palców.
--
p.s. - Zamarznięty pociąg? Ech, to tylko takie odczucie
Dzisiaj do roboty na 7.30. Żołądek przed 7 odmawiał przyjęcia jakichkolwiek treści.
Pierwszy raz od dawna: jechałem tramwajem do roboty, kupiłem jeszcze ciepłego precla, markuję pracę, mam w pogotowiu palce nad ALTem i TABem.
Rano na szczęście w tramwaju nikt nie gada, ale na każdym przystanku coraz to nowy zaspany ktoś blokował fotokomórkę w drzwiach.
Wróciłem do Piura. Tzn. wróciłem tydzień temu i nawet miałem wtedy o tym napisać, ale jakoś mi przeszło. Miałem wtedy ponarzekać, że na początku wszystko było takie wychuchane, a teraz wytarte podłokietniki na wieszaku do robienia brzuszków, ekspres do kawy nie działa, ktoś dziwnie wstawił drzwi w męskiej szatni we framugę.
A wczoraj nowe podłokietniki, ekspres działa, drzwi nie dezorientują. Mniej ciotek, więcej różowych panienek, ogólnie tłoczniej. O ile na początku w saunie ludzie w ręczniku i ludzi w plastiku było mniej więcej po równo, tak teraz, o zgrozo, wygrał trend smażenia jaj w lajkrach i ortalionach.
Z kondycją nie najgorzej. Nad siłą trzeba popracować.
Coś mi nie pasowało w leczo/potrawce. Smak jakiś dziwny i jakieś żyłowate, coś ogólnie nie tak. Powiedziałem Bee, ten się obraził, choć potem twierdził że nie. W końcu się okazało, że po raz drugi chciał przemycić w jedzeniu pośród innych mięs odrobinę wołowiny. Jakkolwiek na żarciu się nie znam, to wyszło na to, że wołowinę wyłapuję bezwiednie i bezbłędnie. Precyzyjnie odseparowuję na brzegu talerza. Zostanę hinduskim świętym.
--
p.s. - to jest właściwie blotka, którą wczoraj zaczął pisać Bee ze swojej perspektywny, ale zarzucił.
Wobec jednego
sędziego zrobiłem z siebie rano po raz kolejny idiotę. Z drugim niechybnie
przyjdzie mi się procesować. Trzeciego córkę mam objąć patronatem. Wikłam się,
a nie chcę.
Byuyśmy
na "Domu złym". Dobry film, mroczny, zimno-błotno-wódczany, dla zagranicznych
pewnie zupełnie niezrozumiały. Suszyło nas nieco po sosie serowo-szpinakowo-orzechowym (Bee powinien dostać za
niego Nobla), więc wparowaliśmy na salę z wielkimi kolofantami i poczuliśmy się
tam jak ostatni frajerzy na widok tych wszystkich buteleczek i butelek na
kolanach współoglądajacych, a już zwłaszcza czując wyraźnie alkoholową woń z
kubków z kolą u sąsiadów. Następnym razem się poprawimy :-)
Do tej pory klasycznym przykładem orzeczenia TK pozbawionego jakiejkolwiek podstawy prawnej i logicznego uzasadnienia (co w rozmowach prywatnych podkreślali także pracownicy i sędziowie Trybunału) było czysto ideologiczne rozstrzygnięcie dotyczące prawa do aborcji z 1997 r. Dzisiaj ta szacowna instytucja postanowiła po raz drugi popełnić intelektualne samobójstwo - Oceny z religii zgodne z konstytucją.
Nie ma jeszcze pisemnego uzasadnienia, ale po treści ustnych motywów podanych po ogłoszeniu wyroku już można przewidzieć, że będzie to dokument, za który przez długie lata trzeba będzie się wstydzić.
TK tym razem dziwnie zapomniał o tym, co sam wielokrotnie powtarzał, że tak na prawdę treść prawa to nie tylko jego litera ale i ustalony sposób rozumienia oraz praktyka. Już studenci I roku prawa rozróżniają ius od lex.
Jak dla mnie wieszanie krzyży po szkołach jest bardziej akceptowalne niż zawyżanie średniej (a więc i np. szans na dostanie się na studia) szósteczkami za klepanie zdrowasiek. Lekcje religii nie mają nic wspólnego z przekazywaniem wiedzy (religia, w przeciwieństwie do etyki, nie jest nauką). W sferze faktu, to niedopuszczalne faworyzowanie z uwagi na wyznanie, ewidentnie sprzeczne z konstytucją i EKPCz. Nasz Trybunał udał głuchego i ślepego zarazem, nie chcąc widzieć co adresaci przepisów z nimi robią w takich a nie innych warunkach społecznych.
Mam więc kolejny powód do nieustającego wkurwu, jak przy finansowaniu księży w szkołach i różnorakich kapelanów przez państwo, albo "uczelni" teologicznych (nota bene sprawa ta też kisi się od dłuższego czasu w Trybunale), gdzie można obronić doktorat na podstawie swojego pamiętnika.
Mam nadzieję, że ktoś będzie tak uparty, że dotrze do Trybunału w Strasbourgu, bo zdaje się, że nasz Trybunał znowu oddał się bez mydła przez parkan dzielący go od nuncjatury.
Mam ochotę rozgarnąć łokciami te wszystkie papiery które leżą na biurku, powypieprzać wiszące nade mną segregatory i opróżnić teczkę do cna.
Dzisiaj nie wychodzę z domu i nie włączam telefonu.
A uszy mam jeszcze przytkane i szyja boli od wywijania głową :-)
Pójście na koncert było zagrożone uczestnictwem w imprezie w zgoła odmiennym klimacie - zebraniu grona złożonego głównie z emerytów podkręconych wiejącym halnym. Ale udało się.
Dwa supporty: pierwszy to coś mocno niestrawnego z Polski (google litościwie odmawia zeznań na ten temat - update: to była Moja Adrenalina - omijać z daleka), w obsadzie dwa gnomy, jeden niczego sobie gitarzysta i zdradzający objawy głębokiego niezrównoważenia, szczekający wokalista - jakoś zniosłem.
Drugi support to gość który przy użyciu samej gitary akustycznej tak wymiatał, że buty spadały [update: to był Ricky Warwick, który przewinał się wczesniej przez New Model Army i było to trochę słychać] - po czym ... wrócił na swoje krzesełko za stolikiem z gadżetami Therapy? :-)
No i Therapy? - kolesie których znam z MTV, a tu na wyciągnięcie ręki, między kawałkami od basisty dostałem butelkę mineralnej. Ja pod sceną, z tyłu jakieś kulturalne pogo, tłum skandujący "James Joyce is fucking my sister". Z nagrań nic nie wyszło, bo było za głośno:-) - więc wklejam tylko rozmazane foto.
Naprawdę było warto i jakby tylko Bee się zgodził pojechać ze mną, to sprzedałbym wszystko co mam i pojechał za nimi jako groupie ;)
Kto tylko ma możliwość, niech leci dzisiaj do Proximy w Wawie, a nie pożałuje. Bilety za 50 zł.
Co by o nich nie mówić, to jednak się odrobinę przez ten czas wyrobili :-)
Poza tym to jedno z przyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa. Pierwsze cztery płyty znam na pamięć (pozostałych nie znam w ogóle). Morten Harket był chyba pierwszym celebrytą w którym się kochałem i miło było go zobaczyć na żywo - nawet nieco podsuszonego. Afromental jako support był spox.
Publika szalała. Bee też wyglądał na zadowolonego :-)
Niedawno pisałem że przypomniałem sobie o Therapy? i nie mogą mi wyjść z głowy.
Idę do roboty, patrzę na mur, na plakat, a na nim taka siurpryza.
Bilet już zamówiony :-)
Bee jest niedobry.
Przyjechałem zakochać się w Warszawie.
Do Stolicy, na Święto Niepodległości.
Chciałem do Muzeum Powstania Warszawskiego na Koncert Pieśni Patriotycznych, to on nie.
Chciałem zobaczyć Pana Prezydenta na żywo, bo u nas na prowincji nie występuje - też nie.
Nawet teraz mi wyłączył telewizor gdy Pan Prezydent występował na jednym ze stołecznych trawników.
A przewodnik po Stolicy schował na spód kupki książek i musiałem go czytać po kryjomu w wannie.
Dałem sobie siana z kupowaniem nowego laptopa, bo po pierwsze stary jeszcze w miarę działa (za wyjątkiem zasilacza, który padł i który już wymieniłem, a dzisiaj jeszcze raz reklamowałem kabelek do zasilacza), nawet odzyskał fonię (coś jak czereśnie u Profesora, które zawsze owocują, kiedy zostanie im już obiecane wycięcie).
Karta kredytpwa odetchnie, a mam ambicję ją spłacić do końca roku. Będę obserwował rynek i dokonam później bardziej świadomego zakupu. Poza tym nie będę czarował, równie ważne jest, że nie ma jeszcze na rynku wersji kolorystycznej upatrzonego laptopa :>
Generalnie chcę coś 13-calowego, jak najlżejszego ale nie jakieś tam netbooki, bo to ma działać szybko i mieć w sobie jak najwięcej. Na celowniku były DELLe, zwłaszcza 13-calowy studio xps (najchętniej czerrrrrwony!), ale za taką cenę (ponad pięć tysi), niech sobie wsadzą te 13 cali w dupę!
Dlatego upatrzyłem ASUSa UL30A, cena 2999 zł, w Vobisie idą jak ciepłe bułeczki. Lekki (1,6 kg), z niesamowicie wytrzymałą baterią (9-12 h), ma w sobie dużo, 4 GB RAMu. Wada to brak napędu optycznego, bo jeden z niezbędnych mi programów aktualizowany jest tylko z płytek. Jednak są przecież napędy podłączone na USB, nie tak drogie i nie trzeba ich ze sobą targać, żeby raz na miesiąc zaktualizować program, czy zgrać coś z płytki. Poza tym mam desktopa, a laptop ma być mobilny. Ma też błyszczący ekran, ale w tym też mam i jakoś żyję. Niestety nic nie wiem o procesorach CULV.
Około godziny 12.10 Müller wkroczył w asyście trzech oficerów do
wypełnionej sali wykładowej i wszedłszy na katedrę, nie zdejmując
czapki, zwrócił się do zebranych: Die hiesige
Universität hat ihr Schuljahr begonnen, ohne vorher die Einwilligung
der deutschen Behörden eingeholt zu haben. Das ist eine Böswilligkeit.
Nebst dem ist es allgemein bekannt, dass die Lehrer stets gegenüber der
deutschen Wissenschaft feindlich gesinnt waren. Dies sind die Gründe,
weshalb sie Alle - mit Ausnahme der drei anwesenden Frauen [!] - in ein
Konzentrationslager werden abgeführt werden. Jedwede Diskussion oder
auch nur Äusserung hierüber ist ausgeschlossen. Wer einen Widerstand
gegen die Ausführug meines Befehles wagen würde, wird niedergeschossen.
SS Hauptsturmführer Rudolf Höß (ten sam, który był później komendantem
obozu koncentracyjnego Auschwitz) witał krakowskich profesorów w
Sachsenhausen: "Wszyscy jesteście gównem Pangermańskiej Rzeszy. Obóz
dla internowanych jest jedną kupą gówna, gdzie wszyscy macie zdechnąć.
Jedyną drogą ku wolności jest dla was komin krematorium".
Barcelona, jak już pisałem, jest nieco przereklamowana. Owszem, miasto sympatyczne, odpicowane, architektonicznie (i nie chodzi tylko o Gaudiego) ciekawe. Kosmopolityzm, mnóstwo ludzi z całego świata, co powinno iść w parze z brakiem barier językowych. Tymczasem trudno gdziekolwiek dogadać się po angielsku, nawet w knajpach w ścisłym centrum. Zamawia się paellę z kurczakiem i curry pokazując palcem na obrazku, a później ten rzekomy kurczak patrzy się na ciebie spod pancerzyka, w ryżu muszelki i zajeżdża mułem. Z serdecznością też jakoś nietęgo, można było się spodziewać więcej po ludzie południowym. Ale podobno Barcelona to nie Hiszpania. Klimaty płytkie i drogo. Gejowskie eldorado na Gaixample do Soho czy Marais nie ma jak się równać. Pod względem imprezowym, to nawet do Krakowa. A byliśmy w Heloween, który tamci obchodzą. Wrażeń estetycznych z sauny zaoszczędzę, bo być może ktoś się posila przy czytaniu. Ramblas to jakiś koszmar, zwłaszcza dla zwierząt, którymi tam handlują. No i sposób serwowania wina w knajpach, jak na kraj o takich tradycjach winiarskich, nieco szokujący (w jednej otwarto nam butelkę i po prostu postawiono na stole, w drugiej przyniesiono butelkę i otwierać musieliśmy sami).
Co do hotelu - bardzo fajny, dzięki Petru :-) Dla samej windy warto było, taki babciny kredens na linach :-)
Tylko jak nas panie w recepcji zobaczyły, popatrzyły po sobie, coś pobleblały po swojemu rzucając ukradkowe spojrzenia (wyłapaliśmy tylko że łóżno mamy zamówione "matrimonio") i przydzieliły pokój z dwoma łóżkami w miejsce pierwotnie zarezerowanego :> Podobnie facet ze sklepiku na starówce, nie mogący uwierzyć że jesteśmy parą. A mówi się że Hiszpanie tacy do przodu z pedlastwem, a Barcelona to już w ogóle.
Ale nie jest tak, że nam się nie podobało. Podobało się, zwłaszcza temperatura. Poza tym chodniki bardzo fajne. Odjechane nowoczesne kamienice, detale secesyjnych domków na wzgórzach. Gotycka część miasta też. Albo ni stąd ni zowąd, przejeżdżający nudysta na rowerze. Tramwaj niebieski i kolejki zębate (bo linowa z portu w cenie z dupy wyjętej). Wino, cava, dobre pieczywo. A przede wszystkim było nam dobrze razem.
Bee ciągle wszystko porównywał do Francji i Paryża i nawet był zadowolony, gdy go kelner wziął za Francuza :)
Dostało mi się od Prawiebruneta (Nekroturysta strikes back) za naigrawanie się z nekroturystyki. Może i mój ton był niezbyt stosowny, ale mam pełne prawo nie lubić tego masowego łażenia po grobach, palenia świeczek i wszystkiego z tym związanego.
Mam prawo w ogóle nie lubić cmentarzy. Kiedyś tak nie było, nawet bardzo lubiłem, realizowałem się jako kryptopiroman, była dodatkowa okazja do spotkań z kuzynami. Sęk w tym, że odkąd na cmentarzach pojawili się moi najbliżsi, od wtedy znienawidziłam te miejsca. To redukowanie zmarłej osoby do kliku płyt z takiego czy innego kamienia, wiązanek, zniczy, mycia tego, układania, podlewania. Przecież identyfikowanie zmarłej osoby z tym czymś może być obraźliwe dla tych, którzy ją kochali.
Bo groby nie są dla zmarłych, ich nie ma i nawet nie ma jak im być lepiej czy gorzej czy nawet wszystko jedno.
Groby są dla tych, którzy zostali, żeby sobie jakoś radzić z wyrwą w psychice, są jakimś skanalizowaniem dla emocji, uprzedmiotowieniem ich, zagłuszeniem przez zbiorowe odprawienie zestawu ogólnie przyjętych rytuałów.
Ja nie mówię, że to źle, że to hipokryzja czy zabobon. Po prostu nie czuję potrzeby pokazywania sobie czy innym, że myślę o zmarłej siostrze czy babci poprzez krzątanie się przy kawałku lastrika. Myślę o nich często i intensywnie, zwłaszcza o siostrze, mimo że minęło już trochę lat. Próbuję zgadnąć jak by wyglądała, co by robiła, jak by się jej wiodło, czy lubilibyśmy się. Była w wieku Bee. Ciągle mi się śni.
W życie pozagrobowe nie wierzę, ale rozumiem, że inni mają inaczej. Chcę też, żeby szanowano moje uczucia. A czuję się nieco zaszczuty.
Zresztą dzisiaj byłem na grobie babci przy okazji wizyty służbowej w Sączu. Uprzątnąłem to co było do uprzątnięcia, zapaliłem świeczki, ale zrobiłem to dla mojej matki. Bo gdy tam stałem, wydawało mi się czymś całkowicie absurdalnym, żeby tę niesamowicie ciepłą, oderwaną od rzeczywistości kobietę, szaloną księgową żyjącą w jakimś półrealnym świecie i pożerajacą hurtowo książki - sprowadzać do jej grobu. Chcę pamiętać o tym co lubiła i co było dla niej ważne, a grób i nekroturystyka są mi do tego zupełnie niepotrzebne. Wręcz przeszkadzają.
Jako support grali jakiś doom metal (o ile dobrze się orientuję). Marta zachwycała się szamponami jakich używała wokalistka, ja zastanawiałem się najpierw czy te jęki to oznaka odejścia wód płodowych pani która spokojnie mogłaby pozować w jakiejś jaskinii do portretu pramatki (jak się później wyguglało - Pani Rose Kemp). Tu próbka. Potem miałem wizję dominy i dwóch slejwów (basista i perkusista) w akcesoriach dostępnych w pedalskiej dzielnicy Berlina :>
Pan Wilson i spółka się postarali. Zagrali prawie całą nową płytę i się zastanawiam czy jej nie docenialem, czy ona na żywo tak dobrze zagrana mimo że w domo-aucianym odbiorze średnia.
Pod koniec publika już jadła im z ręki. Warto było.
Zakłócenia fonii wynikają z faktu, że mikrofon w komórce dostawał równo falą uderzeniową spod kolumny głośników przez którą na drugi dzień byłem jescze przygłuchy na praw ucho :>
Marta zachwycona Wrocławianami, że wszyscy tacy uprzejmi i pomocni, nawet ochroniarze.
--
p.s. Fotki z koncertu